O „sprawiedliwości dziejowej” raz jeszcze

Drukuj

Jarosław Kaczyński przekonuje, że prawdziwy motyw wczorajszych i dzisiejszych demonstracji w Warszawie i większych miastach Polski, to sprzeciw wobec ustawy "dezubekizacyjnej". Trzeba być ślepym i głuchym, żeby nie widzieć, że dominującym apelem tych manifestacji jest hasło "wolne media", czyli sprzeciw wobec stopniowemu ograniczaniu wolności słowa. Sprawiedliwości dziejowej nie da się zadekretować... nawet wolą samego Prezesa. A najlepszym przykładem prawdziwych intencji PiS jest to, że po ujawnieniu iż jeden z prominentnych polityków partii rządzącej okazał się być dyspozycyjnym prokuratorem stanu wojennego, próbowano aresztować... Józefa Piniora.

Sprowadzanie pojęcia „sprawiedliwości dziejowej” do poziomu zemsty i odpowiedzialności zbiorowej, z żadną sprawiedliwością nie ma nic wspólnego. Tym bardziej, że „ukaranie ubeków” to najwyraźniej – najłatwiejszy ze społecznego punktu widzenia – tylko pretekst do późniejszych rozliczeń z różnymi innymi, nieprzyjaznymi PiS, grupami zawodowymi i społecznymi.

Ujawnienie – w czasie dyskusji nad pozbawieniem praw emerytalnych funkcjonariuszy służb specjalnych, policjantów i wojskowych, tylko dlatego, że kiedyś w początkach swojej działalności zawodowej, otarli się o aparat przymusu PRL – że Stanisław Piotrowicz, z ramienia PiS przewodniczący Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka (sic!), to były dyspozycyjny prokurator stanu wojennego, odpowiedzialny za przygotowanie aktu oskarżenia z żądaniem trzech lat więzienia dla opozycjonisty i współudział w rozbiciu spotkania niezależnych organizacji – na „sprawiedliwość dziejową” już wpływu nie miało. Tym bardziej, że wniosek opozycji, aby ustawą objąć także gorliwych prokuratorów PRL, został odrzucony.

Może trzeba postawić pytanie: czym może być „sprawiedliwość dziejowa”?

Może najpierw czym nie jest:

– z pewnością nie dyskredytowaniem, przez media powiązane z partią rządzącą, pomówieniami o jakieś podejrzane działania gospodarcze, najbardziej ofiarnych opozycjonistów stanu wojennego, którzy jak Władysław Frasyniuk czy Józef Pinior, nie przypominają sobie wielkich zasług braci Kaczyńskich,

– odbieraniem niezależnym mediom dostępu do informacji, poprzez odbieranie przepustek do Sejmu, a wcześniej przez wiele miesięcy odmawianiem (wbrew prawu) odpowiedzi na trudniejsze pytania,

– tolerowaniem osób pełniące funkcje kierownicze w instytucjach odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, wobec których stwierdzono (nieprawomocnym co prawda, ale w wątpliwy prawnie i moralnie sposób „uchylonym”) wyrokiem sądowym, odpowiedzialność za nadużycia, polegające w przeszłości na przekroczeniu uprawnień i manipulowaniu materiałem dowodowym – czyli dokładnie za to, za co rzekomo teraz pozbawia się praw emerytalnych tysiące funkcjonariuszy służb mundurowych,

– prawem do „rewanżu” grupy działaczy, którzy w latach 80-tych nie mieli odwagi, albo nie zdążyli (vide Mariusz Kamiński) zaangażować się w poważną działalność opozycyjną i mają z tego powodu kompleksy. Teraz więc starają się popisać swoim zdecydowaniem. Szkoda tylko, że nie w obronie praw obywatelskich, tylko przeciwko demokracji i wolności słowa.

W słownikach, sprawiedliwość dziejowa to „prawidłowość w dziejach polegająca na tym, że po krzywdach doznanych przez zbiorowość następuje rekompensata dla pokrzywdzonych lub kara dla winowajców”. Warto się zastanowić nad tą definicją. Zwłaszcza w kontekście głoszonej przez Prawo i Sprawiedliwość propagandy, i tego kto według niej jest pokrzywdzonym, a kto winowajcą.

Czytaj również