„Audyt” czyli rosyjska oferta

Drukuj

Rosyjskie służby specjalne wysyłając swojego prowokatora do ambasady w Moskwie mogły liczyć na eskalację emocji w Polsce, generowanie konfliktów wokół katastrofy smoleńskiej i ośmieszenie Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej.

Jednym z najmocniejszych argumentów wystąpienia ministra Mariusza Kamińskiego w Sejmie, podsumowującego z punktu widzenia służb specjalnych 8 lat rządów PO-PSL, była niejasna wzmianka o tym, że do ambasady polskiej w Moskwie zgłosił się jakiś człowiek, który twierdził, że wie coś o przygotowaniach do zamachu w Smoleńsku. Polskie służby jakoby miały go spławić, a następnie informację o „oferencie” przekazać do Federalnej Służby Bezpieczeństwa czyli rosyjskiego kontrwywiadu.

Cała ta historia wygląda bardzo podejrzanie. Wszystkie służby na świecie wiedzą, że zarówno połączenia telefoniczne, jak i każde wejście do ambasady jest kontrolowane. Telefony i maile są przechwytywane elektroniczne, a wchodzących i wychodzących się po prostu fotografuje. Osoba, która zdecydowałaby się na kontakt z polską ambasadą, musiałaby być niespełna rozumu żeby sobie z tego nie zdawać sprawy. Mogła być ewentualnie zwykłym naciągaczem, chociaż i w takim przypadku jej czy jego umiejętność kojarzenia budzą poważne wątpliwości. I co wydaje się najważniejsze: trzeba założyć że była specjalnie nasłanym prowokatorem, którego celem byłoby wywołanie poważnych konsekwencji politycznych w Polsce, zależnie od tego na ile przekazane informacje byłyby potraktowane serio.

Ze strony polskiego wywiadu nie można było takiej propozycji przekazania informacji potraktować inaczej niż rutynowo. Każda ambasada i mieszcząca się na jej terenie misja łącznikowa czy rezydentura służb specjalnych, zna wiele przykładów ofert pochodzących od wariatów, naciągaczy i prowokatorów. Trzeba też pamiętać, że niektóre z tych „ofert” mają na celu ujawnienie, nieznanych wcześniej służbom kraju pobytu, oficerów wywiadu działających „pod przykryciem” dyplomatów i ich metod działania. Dlatego też do każdej propozycji podchodzić należy niezwykle ostrożnie.

Odrzucając hipotezę (chociaż taka wydaje się najbardziej prawdopodobna), że kobieta czy mężczyzna, który zgłosił się do ambasady był szaleńcem lub oszustem, konieczne było dokonanie – chociażby w ekspresowym tempie – starannej analizy ryzyka. Nie można było potraktować poważnie informacji od kogoś kto zgłosił się oficjalnie, w sposób oczywiście widoczny dla Rosjan. Również w żadnym przypadku – takie pomysły traktowane są w środowiskach wywiadowczych jako absolutnie kompromitujące – nie wolno było o propozycji poinformować lokalnego kontrwywiadu. Ale już całkowicie w regułach sztuki mieściłoby się, przy świadomości że „kontakt” jest rejestrowany, zaproponować dostawcy informacji aby udał się do rosyjskiej prokuratury, lub innej instytucji prowadzącej śledztwo w sprawie katastrofy i opowiedział co wie. Mieściłoby się to w granicach zasad gry, w której obie strony udają, że działają w dobrej wierze. Kłopot z tym, że szpiedzy którzy zachowują się zgodnie ze znanymi regułami, raczej nie odnoszą sukcesów.

Polskie służby, bez względu na to czy chciały zachować się zgodnie z podręcznikowymi standardami, czy zupełnie nieszablonowo, niewiele miały możliwości wyboru. Z wypowiedzi ministra nie wynika czy oferent poszukał kanału łączności dającego poczucie bezpieczeństwa. Ale raczej nie zrobił tego. W innym przypadku, to zachowanie Mariusza Kamińskiego świadczyłoby o całkowitym lekceważeniu procedur, ochrony informacji i na koniec: polskiej racji stanu. Chciałbym wierzyć, że tak nie było.

Rosyjska (kiedyś radziecka) szkoła dezinformacji uważana jest za jedną z najlepszych na świecie. Chyba najważniejszym z jej apologetów jest Vladimir Volkoff (łatwo sprawdzić co napisał: http://lubimyczytac.pl/autor/16244/vladimir-volkoff), były oficer wywiadu, następnie pisarz, często rekomendowany przez konserwatywnie i prawicowo zorientowanych publicystów. Gdyby spróbować najkrócej streścić jego poglądy, to należałoby powiedzieć, że najbardziej podejrzany jest ten, kto najgłośniej krzyczy „łapać złodzieja”.

Wykorzystywanie wiedzy zarówno o udanych jak i nieudanych działaniach służb specjalnych do celów politycznych wydaje się skrajnie moralnie podejrzane. Żaden doraźny cel nie usprawiedliwia podważania wiarygodności polskiego wywiadu lub kontrwywiadu. Nawet jeżeli jego porażki czy sukcesy podlegają racjonalnej ocenie, to jednak nie w drodze wartościowania przez nieprzygotowane do tego media i opinię publiczną.

Nawet jeżeli rosyjska prowokacja nie udała się 6 lat temu, to być może teraz użytkownicy gabinetów na Łubiance i w Jaseniewie zacierają ręce.

Czytaj również